No powiedz mi, że jestem super!

Odnoszę takie wrażenie, nie tylko w momencie, kiedy włączam internety, ale też gdy spoglądam na otaczających mnie znajomych czy przypadkowych ludzi na ulicy, że mam do czynienia z jakąś absolutną modą na lans. Lans szeroko rozumiany. Co się nosi, gdzie się jada, gdzie robi zakupy, które centra handlowe odwiedza. Buty tylko z łyżwą, żołądki tolerują jedynie sushi, kawa to tylko świeżo mielona z mlekiem migdałowym. Spożywka? Jak najdrożej, bo wiadomo, wtedy jest zdrowo. Galeria handlowa? Tylko w mieście oddalonym o 50 km, bo „modniej się tam pokazać”. Masz nową torebkę? Całkiem fajna, ale pokaż metkę.

Jesteśmy super, ekstra, łał.

To nie tak, że mam coś do tych, co mają te torebki od kogoś tam, bo nazwyprojektantaniepamiętam albo do tych, co przepalają auto do tej modnej świątyni handlu. Jeśli tylko komukolwiek daje to poczucie pewności siebie, sprawia przyjemność, czy jest po prostu stylem życia – szanuję, toleruję, akceptuję.

Czujemy presję. Nie oszukujmy się. Presja jest absolutnie wszędzie i na wszystko. Na to, jak wyglądamy, jak się ubieramy, gdzie chodzimy imprezować, gdzie pracujemy, na jakim stanowisku i jak wygląda nasze konto bankowe. Chcemy wpasować się w ten świat w większym lub mniejszym wymiarze, ale koniecznie w wymiarze akceptowalnym w dzisiejszych czasach. Pocimy się, żeby być szczupłe, wydajemy majątek na zdrowie kiełki i olej kokosowy, a w pracy wyciskamy samych siebie jak cytrynkę dla awansu lub podwyżki. A najlepiej dla jednego i drugiego.

Gdybyśmy jednak mieli ocenić samych siebie, to ile damy sobie punktów? Będzie nam bliżej do pełnej dziesiątki, damy sobie mocną szóstkę czy marną tróję?

Sama po sobie widzę, jak funkcjonuję. Za wszelką cenę chcę spełnić się w roli mamy na okrągłe dziesięć. Robię wszystko, by moje dziecko było szczęśliwe, zadowolone, rozwijało się zgodnie z ogólnie przyjętymi standardami (ekhm, tfu, tfu). I robię to wszystko po pierwsze dla jego dobra. Ale robię to też dlatego, że oceniają mnie inni.

Dalej pampers? Dalej smoczek? Dalej butelka?

No, bo jak to brzmi? Jakbyś nie była perfekcyjna!

Lepiej słuchać, że masz świetne dziecko, bystre, mądre, wygadane, samodzielne.

I za wszelką cenę zrobisz wszystko, byleby tej fali krytyki było jak najmniej. Malusio. Tylko tyci, tyci. A najlepiej, to żeby krytyki nie było w ogóle.

W pracy to samo. Pracujesz dobrze i efektywnie, bo wiesz, że za to ci płacą, to twój obowiązek. Ale chcesz pracować jeszcze lepiej, żeby szef cię zauważył, żeby twoje nazwisko było u góry rankingu, żeby na zebraniach to o tobie mówiono. Oczywiście jak najlepiej. Jeśli ktokolwiek powie coś źle, wtedy czujesz jak gotuje się w tobie wszystko: od zawartości żołądka, po łzy przełykane przez zaciśnięte gardło.

Przyjaciółka. Jest świetna, kochana, do rany przyłóż, że aj, aj. I nie mówię tu prześmiewczo, serio. Ktoś, na kim możesz polegać, kto jest bezgranicznie oddany, szczery i pomocny. I ot tak, przy kawce, rzuci niedbale że końcówki ci się rozdwajają i w ogóle to „chodź, idzie wiosna, weźmy się za siebie, kupmy karnet na siłownię”. I ty już nie wiesz. Ona tak z dobrej woli czy właśnie ci, jędza, między wierszami powiedziała, żeś się upasła jak wieprz? Bo jeśli tak, to właśnie wyobrażasz sobie, jak łapiesz ją za kudły i odprowadzasz, tak po przyjacielsku, do drzwi. A dokładnie to wystawiasz ją za drzwi.

Bardzo boimy się krytyki i bardzo jej nie chcemy. Tylko dlaczego? Dlaczego nie potrafimy przyjąć innej opinii, wskazówki, rady czy sugestii? Jeśli jest ona kulturalna, konstruktywna i służy temu, by pokierować cię na lepszy tor, dlaczego wzbraniamy się przed nią i dlaczego, bardzo często, odbieramy ją za słowo krzywdzące i niesprawiedliwe?

Bardzo długo miałam problem z przyjmowaniem krytyki. Jeśli ktokolwiek wyrażał o mnie niezbyt pochlebną opinię lub mówił, co mogę poprawić, przyjmowałam postawę obronną, agresywną wręcz. Bez zastanowienia potrafiłam wciągnąć się w dyskusję, której celem było jedynie odbicie piłeczki. Było mi trudno spojrzeć obiektywnie na moje działania, zastanowić się choć przez chwilę, co mogę poprawić. I mimo tego, że często w sposób kłótliwy dochodziłam swoich racji, kończyło się to zawsze wewnętrznym postanowieniem „ja ci jeszcze pokażę”. Miało to swoje plusy: motywowało. Dawało kopa i pałera do działania. Ale nie rozwiązało problemu, jakim był brak umiejętności przyjmowania krytyki.

Za dziecka byłam chwalona, zdecydowanie. Dobrze się uczysz, ładnie recytujesz, ślicznie rysujesz i wszystko inne, co dajemy swoim dzieciom. Słowa uznania, nasz zachwyt, poklepanie po plecach. Codziennie staramy się budować w naszym dziecku pewność siebie, chwaląc jego czyny. Robimy to, bo to nasze dzieci. Kochamy je i zachwycamy się nimi. Ale robimy to też dlatego, że jest o tym głośno. Zewsząd wypowiadają się specjaliści psychologii, pediatrzy – na temat budowania poczucia własnej wartości w człowieku od najmłodszych lat. Wszędzie czytamy, że w okresie dziecięcym człowiek buduje swoje ja, nabywa świadomości swoich atutów, umiejętności i takiego piękna, po prostu.

Przestałam być chwalona, kiedy zaczęłam być ciut większa. Miałam kilkanaście lat. Nie wiem dlaczego. Nadal dobrze się uczyłam, nie sprawiałam problemów, miałam wiele zainteresowań. Może nie było tych pochwał, bo przyszedł dla rodziców ten czas, który mogli mieć w końcu dla siebie samych i na sobie zaczęli się skupiać? Może dlatego, że przestałam być słodkim, toczącym się pączkiem, który wzbudzał zachwyt ot tak, po prostu? Może moi rodzice myśleli, że już tego nie potrzebuję, nie chcę, a może ich samych już to krępowało? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Wiem, że tak było. Po prostu czas chwalenia się skończył. I długo już tych pochwał później w życiu nie doświadczałam.

Dzisiaj się nie lansuję, nie buduję swojej pewności siebie, kupując sobie gadżety lub nagminnie wplatając w dyskusje makaronizmy, żeby być bardziej kul. Nie mam setek znajomych na fejsie i nie prowadzę instagrama, na którym codziennie wrzucam swoje zdjęcia i sprawdzam, ile osób mnie obserwuje.

Nie robię tego, bo moja pewność siebie jest bardzo krucha i bardzo wątpliwa. Bardzo często łapię się na tym, że jedno zdarzenie, jedno potknięcie jest w stanie obrócić w pył to, co sama ze sobą wypracowałam. Czuję się niedoskonała i codziennie toczę z tym walkę. Wiem, że bardzo, ale to bardzo ważne jest czuć się dobrze z samym sobą. Wiem też, że jest to cholernie trudne. Może właśnie przez ten obecny lans. Może przez to, co mamy w sobie już od dziecka.

I całym tym wywodem dążę do tego samego, o czym krzyczą internety, psycholodzy i pediatrzy. Do tego, jak istotne jest budowanie pewności siebie w małym człowieku i nie tylko. Obserwujemy w dzisiejszych czasach rodzicielstwo różnego typu. Począwszy od chowania dziecka pod kloszem, a kończąc na ekstremalnym uczeniu samodzielności. I nie mnie oceniać, co jest dobre, a co złe.

Mam jednak absolutną pewność, że jeśli od samego początku życia naszego dziecka będziemy je chwalić, bić brawo i się nim zachwycać, to na pewno zaowocuje to w jego dorosłym życiu większą pewnością siebie. I, co ważne, jeśli zaczniemy to robić od samego początku i nie wyznaczymy końcowej granicy.

Bo wszyscy lubimy być chwaleni. Nawet, gdy jesteśmy już dużymi dziećmi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s