„Wszystko będzie dobrze”

Jak słyszę to zdanie, to mam ochotę gryźć i kopać. Otwiera mi się nóż w kieszeni, a zaciskają pięści. Jak słyszę, że wszystko będzie super w momencie, kiedy borykam się z jakimś istotnym problemem, kiedy w moim życiu wydarzyła się tragedia albo najnormalniej po ludzku mam tak fatalny dzień, że jedyne co pozostaje, to okopać się pod kołdrą, to budzi się we mnie żądza krwi. Uwalnia mi się wtedy w mózgu kaskada niewypowiedzianych wulgaryzmów w wersji ocenzurowanej brzmiąca: „guzik wiesz o moim życiu, więc bądź uprzejmy się odpimpirimpać”.

Miewamy gorsze dni. Miewamy doliny. No doły. A tak konkretnie to głębokie jak stąd do wieczności rowy mariańskie. Siedzisz i żresz z nerwów paznokcie albo ciastka. Budzisz się o karygodnej godzinie i i tak nie wstajesz z łóżka, bo po co. Przeskakujesz kanały w TV i zatrzymujesz się na czymś dołującym, żeby łatwiej było popłakać. Dostajesz lawinę SMSów, w których znajomi życzą ci „radosnych, rodzinnych świąt”, a ty przecież nie masz rodziny i kolejne święta za towarzystwo masz cztery ściany. Przerzucasz fejsbuka, zagryzając czekoladę i właśnie z jakiegoś motywującego fanpejdża wyskakuje ci wielki napis bijący w gałki oczne: JESTEŚ TYM, CO JESZ. I właśnie się okazuje, że jesteś wielką grubą bryłą cukru. Trzeci dzień z rzędu nie idziesz na trening, ale nadrabiasz, oglądając w internetach zdjęcia zgrabnych dziewczyn, które dzięki katorżniczym ćwiczeniom osiągnęły swój wymarzony rozmiar XXXS.

A ty co? A ty nic.

Nic nie osiągnęłaś.

Nic nie zdobyłaś.

Nie jesteś zgrabna.

Nie jesteś perfekcyjnie pomalowana.

Nie robisz zawrotnej kariery zawodowej.

Co ty tu w ogóle robisz?

I jeszcze to: „wszystko będzie dobrze, nie martw się”. No ale ja właśnie się martwię, bo TU I TERAZ nie jest dobrze. Skąd mogę wiedzieć, że za chwilę będzie?

Każdy to ma. Każdego to łapie. Absolutnie każdego i nie wierzę, że nie. Każdy ma chwilę słabości, każdy czasem wątpi w swoje decyzje i każdy czasem złości się na swój los. Nikt z nas nie ma idealnego życia, bo nie da się go ułożyć w stu procentach tak, jakbyśmy chcieli. Każdemu los czasem rzuca kłody pod nogi i każdy ma wtedy ochotę rzucić czymś o ścianę.

Najlepsze w tym wszystkim jest jednak to, że masz do tego prawo. Złościć się. Czuć gniew, żal, rozczarowanie. Nie ma sensu, w momencie największej bezsilności, karmić się mądrymi przysłowiami mówiącymi o tym, jak piękne jest życie i jak ulotne są chwile. Kiedy dosięgasz chwilowego dna, kiedy wszystko się wali na łeb, trzeba to przeżyć. Tak, jak umiesz najlepiej. Opierdzielić tę tabliczkę czekolady, wyryczeć się w poduszkę albo pozatruwać przyjacielowi życie swoimi wywodami. Nie ma sensu udawać, że wszystko jest okej i ubierać się w uśmiech numer osiem, ten zarezerwowany na wyjątkowo kijowe sytuacje. Nie ma sensu udawać, bo prędzej czy później to cię dogoni i łupnie w plecy ze zdwojoną siłą.

Nie ma sensu się winić.

Nie ma sensu się gnębić.

Raz na jakiś czas można być mniej doskonałym.

Trzeba to przeżyć.

W najtrudniejszych chwilach łapie mnie gniew. Nie żal, smutek czy bezsilność. Doznaję silnego gniewu na życie, bo jest niesprawiedliwe. Na ludzi, bo są egoistami. Gniewam się na siebie za brak konsekwencji i nieprzemyślane decyzje. Gniew sprawia, że nie mam siły do niczego, nie realizuję wtedy żadnych postanowień, nie osiągam wyznaczonego celu, nie pracuję wydajnie, nie robię rzeczy, które sprawiają mi przyjemność.

Kiedy się gniewam, to zawsze czekam na kolejny dzień, bo wiem, że z następnym porankiem mi minie. Nie pomaga nic innego, jak tylko przesuwające się wskazówki. Każdy inaczej potrzebuję odreagować złe emocje. Każdy ma swój sposób na to, żeby poradzić sobie z chwilowymi spadkami formy. Każdy z nas sam wie, jak sprowadzić się na właściwe, dobre tory.

Zawsze, ale to zawsze staram się pamiętać o jednym, czego nauczył mnie mój gniew – nigdy nie odreagowuję na innych. Nigdy nie przelewam swoich bardzo negatywnych emocji na drugiego człowieka. Nie pozwalam, by mój problem stał się czyjąś krzywdą. Kiedy próbuję się komuś wyżalić, ale spotykam się z żartem, który jest nie na miejscu – wycofuję się. Kiedy w odpowiedzi na mój zły nastrój, ktoś próbuje wlać na mnie swoje problemy, na które nie mam teraz siły – wycofuję się. Kiedy w rozmowie naładowanej emocjami zdarzy mi się krzyknąć lub, co gorsza, zaczynam używać wulgaryzmów – zamykam gębę. Kiedy dopada mnie wewnętrzna furia, która podpowiada mi, żebym najlepiej rozwaliła coś, co znajduje się w zasięgu mojej ręki – zmuszam się do przysłowiowych dziesięciu głębokich wdechów. Kiedy jednak zdarzy mi się potraktować kogoś nie tak, jak na to zasłużył – przepraszam.

Pamiętam o tym, bo mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach otacza nas tak niewielu ludzi, tak niewielu ludzi, którzy są nam oddani, bliscy i chcą naszego dobra, że nie warto. Nie warto, by niepowodzenia czy gorsze dni, które ma każdy z nas, sprawiały, że grono naszych najbliższych zacznie się wykruszać.

Zdecydowanie jedna z ważniejszych dla mnie rzeczy – szacunek do ludzi. Zapominam o nim, ale to właśnie o nim przypominam sobie najszybciej po burzy gniewu.

Nawet jeśli słyszę to okropne, rozwścieczające i nic nie wnoszące: „wszystko będzie dobrze” z charakterystycznym poklepaniem po plecach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s