5 rzeczy, które sprawiły, że poczułam się lepiej

Jakiś czas temu dotarło do mnie, że doszłam do momentu, w którym zaczęłam funkcjonować jak maszyna. Codzienna pobudka przypominała najsmutniejsze obrazy nędzy i rozpaczy, kiedy to po otwarciu oczu miałam wrażenie, jakbym poprzedniego wieczora była na suto zakrapianej imprezie. Miałam opuchniętą twarz, ciężką głowę i okropny szum w uszach. Odruchowo parzyłam kawę i zjadałam kanapkę z serem. Znów z serem. Znów kanapkę. Później szybki spacer z psem, to samo, monotonne ubranie do pracy, a potem to już tylko myśli: „niech będzie popołudnie”.

Ale popołudniami nie było lepiej. Wracałam zmęczona, z opuchniętymi nogami świadczącymi o tym, że ewidentnie wykonuję pracę biurową i z burczącym brzuchem. W pracy jedynie kanapki na obiad i kawa. Wiadomo, żeby przeżyć. Na kofeinie zawsze łatwiej. Popołudnie? Jak to z dzieckiem. „Mamo, poukładamy klocki?”, „mamo, poczytasz bajkę?”, „mamo, idziemy na plac zabaw?”. Pewnie, że to wszystko zrobimy. Bardzo odruchowo i z małym zaangażowaniem. Czasem nawet z myślami: „niech już będzie czas kąpieli i spania”.

Rutyna jest nieunikniona, nie ma co się napalać, że każdy dzień przyniesie nowe rozrywki i uniesienia. Nie będę od siebie oczekiwać, że każdego dnia wymyślę nową zabawę, w którą będziemy się bawić, aż padniemy z sił. Wiem jednak, że to, jak się czułam, bardzo wpływało na jakość moich dni, które mijały. Mijały. Mijały. W poniedziałek czekałam na weekend, a w weekend odbijałam się od ściany do ściany.
Postanowiłam wprowadzić 5 małych zmian, które sprawiły, że naprawdę poczułam się lepiej.

1. Wstaję 15 minut wcześniej – zaczęłam nastawiać budzi kilkanaście minut wcześniej i porzucam nawyk wciskania magicznego przycisku „drzemka”. Całe dnie spędzam w pracy, w zamkniętym pomieszczeniu bez okazji wychodzenia na dwór. Postanowiłam zatem, że moje poranne spacery z psem wydłużę o te 15 minut, które będą rarytasem dla kundla i możliwością rozruszania się z rana na świeżym powietrzu. Kilka dodatkowych minut przeznaczam też na spokojne przygotowanie śniadania (i jest to coś więcej niż kanapka z serem) i wypicie porannej, parzonej, czarnej i gorzkiej kawy. Piętnaście minut, które jest naprawdę superpatentem na spokojne rozbujanie swojego organizmu i przygotowanie go do dnia. Bez względu na to, jaki mnie czeka.

2. Piję wodę – konsekwentnie wypijam szklankę z samego rana, przed wyjściem do pracy i w pracy. Piję wodę oraz herbaty, które uwielbiam. Zakupiłam kilka opakowań herbaty zielonej, czerwonej, herbaty z kurkumą oraz ziół. Tym samym ograniczyłam spożycie kawy, którą uwielbiam, a która sprawiała, że byłam odwodniona, zakwaszona i wywoływała bóle głowy. Do tej pory usprawiedliwiałam się niskim ciśnieniem. Trala-la-la, w wymówkach jestem świetna. I tak oto wypijam tylko dwie kawy, za to hektolitry wody.

3. Ruszam się – opuchnięte nogi, szara skóra, cellulit i obwisły tyłek. To efekt siedzenia w pracy i zaniedbywania ćwiczeń, które bardzo lubię. Wskoczyłam na rower i w każdy możliwy wieczór pedałuję, gdzie nogi poniosą. Fantastyczne uczucie, kiedy czujesz zapach pieczonych kiełbasek na grillu, świeżego kopru z czyjegoś ogrodu albo kukurydzy rosnącej na polach. Dla mnie to bardzo odprężające, kiedy wysiłek fizyczny łączy się na przykład z widokiem zachodzącego słońca w moim miasteczku. Wracam wtedy do domu zmęczona, spocona i sapiąca, ale dzięki temu czuję się naprawdę o niebo lepiej.

4. Porzuciłam złe nawyki – dużo kawy, słodycze i papierosy. Nie jestem wielką fanką czekolady, ale przyłapałam się na tym, że coraz częściej sięgam po batona, ciastko czy paluszki. Absolutnie nie jestem zwolenniczką rygorystycznych diet i wyznania, że „czekolada to tylko raz w miesiącu”, ale jednak cellulit – patrz punkt 3 – zdecydowanie zaważył o decyzji, że koniec z otwieraniem „magicznej szafki” w kuchni. Papierosy? Nic nie mów nawet. U mnie papierosy to nie nawyk, tylko nałóg. Rzucanie nałogów to całkiem osobny temat, ale idzie mi świetnie.

5. Chwalę samą siebie – a co! Nie poszłam w skrajność i nie przemawiam codziennie do swojego odbicia w lustrze (chociaż robię tak czasem, puszczając do siebie oczko). Wiem natomiast, że lubimy być chwaleni. Lubimy, potrzebujemy tego, buduje to naszą wartość i zwiększa atrakcyjność. Wiem jednak, że nie zawsze zostaniemy hojnie obdarowani czyimś uznaniem, dlatego jeśli wiem, że zrobiłam coś super, czy to w pracy, czy prywatnie, zbijam sobie piątkę.

Pięć prostych rzeczy. Nic specjalnego. Żadna Ameryka i żadne łał. Każdemu coś innego daje radość, odprężenie i coś innego poprawia nastrój. Ja wiem natomiast, że długo funkcjonowałam na rezerwach energii i potrzebowałam odnaleźć coś, co poprawi mój komfort fizyczny. Potrzebowałam kopa, potrzebowałam lepszego samopoczucia, żeby zacząć żyć z większym zaangażowaniem, a każdego ranka choć trochę mniej przypominać zjawę z koszmaru.

Szukaj swojej herbaty ziołowej albo 15. minut więcej na sen.

Piona!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s