Pokolenie poradników

Zastanawiam się ostatnio, czy nie jest przypadkiem tak, że coraz bardziej stajemy się ludźmi, którzy nie myślą samodzielnie. Czy ja nie staje się takim człowiekiem.
W aktualnych czasach jesteśmy w stanie znaleźć w internecie wszystko. Absolutnie wszystko. Inną inszością jest kwestia, czy informacje, jakie znajdujemy są wiarygodne, sprawdzone, szczere, czy są teoriami wyssanymi z palca lub własną twórczością autora. Nie ważne – znajdziesz wszystko: jak szydełkować, jak podnieść pośladki i pozbyć się rozstępów, jak rozwinąć swój biznes, jak leczyć chorobę.
Jesteśmy ludźmi, którzy większą część swojej wiedzy czerpie z sieci od „bliżej nieznanych nam osób”, ale skoro wejdziemy na jakąś tematyczną stronę, to jesteśmy święcie przekonaniu, że to, co tam znajdziemy, jest wiarygodne i jesteśmy w stanie swoje decyzje uzależnić od tego, co wyguglujemy. Coraz bardziej zapominamy, że posiadamy swoją wiedzę, o którą możemy się oprzeć lub możemy szukać rad u kogoś sprawdzonego: mamy, siostry, przyjaciółki, kolegi z pracy.

Zamiast zadzwonić do mamy i spytać o proporcje na farsz do pierogów, otwieramy przeglądarkę, klik klik i już wiemy ile ziemniaków, ile sera, a ile cebuli.
Zamiast spytać siostrę czy koleżankę o jakiś dobry film na wieczór, odpalamy stronę z rankingiem najlepszych produkcji i na podstawie ilości gwiazdek wybieramy, co dziś obejrzymy.
Zapominamy też, że można podpytać kolegi z pracy, w jaki sposób pozbyć się dziur po gwoździach w ścianie – wchodzimy na forum złotych rączek, zgarniamy kilka pomysłów i wybieramy ten, który wydaje się nam się być o najniższym poziomie trudności.

Pamiętam, jak przygotowywałam się do jakże ważnej roli bycia mamą. Sprawdzałam w internecie wszystko, absolutnie wszystko. Do późnych godzin wieczornych czytałam, jak rozwija się płód tydzień po tygodniu, jakie przeprowadzane są badania w trakcie ciąży, kiedy ujawniają się wady genetyczne, o co chodzi z toksoplazmozą, co mówią poszczególne parametry krwi w konkretnym trymestrze. Zapętlałam się niesamowicie w tych informacjach, jedna goniła drugą. Im bliżej było rozwiązania, tym zmieniała się historia mojej przeglądarki. Wspólnie z internetem kompletowałam wyprawkę, pakowałam torbę do szpitala oraz stawałam się specjalistką od laktacji. Dalej nie było lepiej. Czytałam o rytmie dnia dziecka, porach karmienia, rozszerzaniu diety, ząbkowaniu… i mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Zdarzały się takie sytuacje, kiedy bywałam podłamana, ponieważ sugerując się natłokiem przyswojonych informacji, coś co odbiegało od normy, nie dawało mi spokoju. Patrząc na to z perspektywy czasu widzę, że niektóre informacje zrobiły mi więcej krzywdy, niż przyniosły pożytku. We wszystkim, co przeczytałam, zapomniałam o jednym – intuicji.

Wraz z wiekiem mojego Dziecka, rozszerzała się moja wiedza. Nie musiałam szukać informacji o rodzajach płaczu dziecka albo o zasadach pielęgnacji. Wszystko odbywało się naturalnie, odruchowo, zgodnie z wewnętrzną potrzebą i przekonaniem. Nieświadomie jednak tłumiłam w sobie wielkie pokłady wiedzy i swego rodzaju mądrości, na rzecz specjalistów do spraw wszelkich. Dziś trochę żałuję, że nie widziałam w sobie największej specjalistki.
Rzecz ta się dzieje w każdej dziedzinie naszego życia – sprawdzamy w sieci jak trenować, jak jeść, jak się ubrać i co spakować na wakacje. Guglujemy gotowe listy zakupów na konkretne dania, najlepsze buty do biegania, najmodniejsze spódnice i najbardziej stylowe zegarki. Szukamy inspiracji, swojego nurtu, a nawet zainteresowań, które mogłyby do nas pasować.

Szkoda, że w tym wszystkim coraz rzadziej stawiamy na spontan. Tak po prostu – ugotować zupę bez wszystkich składników, pójść pobiegać w zwykłych trampkach, a do torby na wakacje spakować własne sztućce, a zapomnieć o stroju kąpielowym. Tak po prostu – rozłączyć wifi, nie szukać mądrych głów w otchłani internetów, a te wielkie rady mieć w nosie!
Od dawna nie szukam żadnych porad związanych z wychowywaniem dziecka. Ufam sobie. Idę na ten spontan!

A przed wyjazdem do szpitala, z torbą spakowaną po brzegi, w której to były najważniejsze rzeczy dla mnie i Małego Dzidziusia, zadzwoniła moja Mama:
– Wszystko masz?
– No pewnie, że wszystko!
– Pieluchy tetrowe spakowałaś? Ale nie jedną, weź sobie kilka.
No nie. Nie spakowałam, a faktycznie, miała rację. Były absolutnie niezbędne.

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s