Rozdwojenie jaźni mamy

O tym, że coraz częściej żyjemy zgodnie z podręcznikami pisałam -> tutaj

Dzisiaj rozmyślam nad jedną rzeczą która składa się z kilku innych. Otóż miałam okazję ostatnio zaobserwować stosowane najróżniejsze metody wychowawcze skupione na jednym dziecku. Skłoniło mnie to do głębokiej refleksji na temat mojego rodzicielstwa oraz błędów, jakie popełniłam, popełniam i pewnie jeszcze popełnię.

Kiedyś rodzicielstwo było bardzo naturalną rolą w życiu człowieka. Każdy wychowywał dziecko intuicyjnie, karmił tym, co było dostępne dla wszystkich, leczył zgodnie z przyjętymi wówczas metodami. Nie było alergii pokarmowych, nie było regularnych wizyt w poradniach pedagogicznych, a do psychologa chodziło się w naprawdę nietypowych sytuacjach, jak na przykład wysłanie dziecka wcześniej do szkoły.
Dzisiaj mierzymy się z alergiami, ulepszaczami, konserwantami, środkami sztucznymi w kosmetykach dla maluchów, problemami psychologicznymi i wieloma innymi rzeczami. Co więcej, zanim urodzimy dziecko, już wiemy co jest dobre na kolkę, jakie są dobre metody usypiania dziecka oraz jak szkodliwe jest zbyt długie trzymanie dziecka w bujaku. Dzisiaj rodzice dążą do absolutnej perfekcji i robią to z uwagi na dobro dziecka – w to nie wątpię.
Myślę jednak, że idziemy za daleko w niektórych aspektach.

Byłam ostatnio świadkiem, jak rodzic z wielką uwagą czyta skład leku na gorączkę, ponieważ jego dziecko miało 37 stopni. Czym prędzej należało zatem podać lek na obniżenie temperatury, ale w żadnym wypadku nie mogło zawierać w sobie dwóch konkretnych składników, ponieważ są one uczulające oraz bardzo szkodliwe dla malucha. Z taką samo uwagą rodzic studiował płyn do mycia ciała dziecka, ponieważ zawarta w nim lanolina jest absolutnie niewskazana dla skóry małego człowieka, a zaproponowana przeze mnie pasta do zębów dla malucha wywołała wytrzeszcz oczu i ogólne drgawki, ponieważ była przeznaczona dla dzieci od 6 roku życia, a stosować można tylko te, adekwatne do wieku dziecka. Nawet, jeśli miałoby to być jednorazowe zastosowanie, może być tragiczne w skutkach.
Zaczęłam się zastanawiać nad tymi wszystkimi popełnionymi przeze mnie „grzechami” przez ostatnie trzy lata, kiedy na śniadanie podałam mojemu dziecku słodką bułkę albo zimną parówkę do ręki. Kiedy miało gorączkę, a ja zamiast wody podawałam sok i kiedy pogoda za oknem była niesprzyjająca, ubrałam dziecku buty, które przemokły. Jestem również pokoleniem uwrażliwionym na produkty sztuczne, barwione i pełne ulepszaczy, ale nie zrezygnuję z bananów kupowanych w markecie i słodkich czekoladek z orzechami, które raz na jakiś czas dam swojemu dziecku nie panikując od razu, że orzechy silnie uczulają. Dzieciństwo jest dzieciństwem, nie czasem musztry i pisania regulaminów, których od najmłodszych lat ma się trzymać. Nie chcę już teraz odmawiać mojemu dziecku lizaka albo drożdżówki skoro wiem, że oprócz tego zje normalny obiad, owoc czy warzywo. Staram się trzymać balans w świecie, w którym zalewają nas informacje o zdrowym żywieniu, zdrowej pielęgnacji, prawidłowym ubieraniu, właściwych zabawach dla dzieci i ich rozwoju zgodnie z kalendarzem ustalonym przez psychologów.

Kiedy nasze dzieci odmawiają jedzenia, pozwalamy im na to, bo jak będziemy zmuszać je do jedzenia, to będą miały do niego wstręt. Podajemy leki przy najmniejszym wahaniu temperatury, a później jesteśmy zdziwieni, że nasze dzieci wciąż chorują i brakuje im odporności. Nie wysyłamy dzieci do przedszkola w obawie, że znów będą za nami płakać, a potem jesteśmy zdziwieni, że nasza pociecha nie potrafi się niczym dzielić z innymi ludźmi i do wszystkiego woła nas: „mamo, on mi zabrał zabawkę„, „mamo, ona mnie popchnęła„, „mamo, ja się chcę tym bawić, weź od niego to auto„. Chcemy wychować dzieci zdrowe, silne i radzące sobie w społeczeństwie, a całkiem nieświadomie idziemy w przeciwnym kierunku wierząc, że skoro robimy wszystko zgodnie z najnowszymi zaleceniami, to działamy idealnie.
Nie widzimy jednak niczego złego w tym, że dziecko dostaje lek za lekiem, suplement za suplementem, godzimy się na to, żeby zjadło frytki, byleby zjadło cokolwiek. W sklepie kupujemy tylko te stuprocentowe soki, ale nie zabiegamy o to, by wprowadzić w dietę kilkulatka warzywa i owoce. Boję się, że złapaliśmy jakąś rodzicielską schizofrenię. Boję się, że coraz więcej dzieci jest tresowanych zgodnie z najnowszymi poradnikami, niż wychowywanych zgodnie z rodzicielską intuicją. Dziś robię wielki rachunek sumienia i na środku salonu odprawiam biczowanie na samej sobie za to, że sama czasem do takich ludzi należę, kiedy za wszelką cenę chcę przeforsować jeszcze jeden kawałek mięska i jeszcze jeden plasterek pomidorka. Prowadzimy czasem swego rodzaju walkę z własnym dzieckiem, tylko po co? W imię czego? Chcemy dobrze, a wychodzi źle. Cierpimy na rozdwojenie jaźni, bo już sami nie wiemy, którymi wytycznymi się kierować, byleby tylko wychować DZIECKO IDEALNE.

Tylko, że dziecko i tak jest idealne. Dla nas. Nawet jak nie wpisuje się w ramy najnowszych poradników.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s