Walka, którą przegrasz

Kiedy dojrzałam do myśli, że chcę założyć rodzinę, miałam tylko jedno marzenie. Miałam marzenie, które szło za mną od dzieciństwa, czego sama doświadczyłam, a raczej czego mi zabrakło.

Kiedy dojrzałam do myśli, że chcę założyć rodzinę, pragnęłam tylko tego, by była ona szczęśliwa. Chciałam pracować i rozwijać się ale chciałam również gotować obiad, sadzić kwiatki na balkonie, a na święta piec pierniki i ubierać choinkę. Chciałam rodzinnych wycieczek, wspólnych spacerów, domu wypełnionego zapachem moich dzieci i śmiechem odbijającym się od ścian.

Kiedy okazało się, że ściany mojego domu stają się ciche i smutne, kiedy garnki w kuchni stały puste, a kwiatki na balkonie zwiędły – marzenia runęły.

Zostałam ja, bez pracy. Zostało moje Dziecko, jego uśmiech i pierniki na święta. Tylko tyle, albo aż tyle.
Kiedy zostajesz nagle sam, kiedy borykasz się ze wszystkimi problemami sam, kiedy nie śpisz pół nocy, bo trzymasz w ramionach płaczące dziecko – przychodzą różne myśli. Dominujące stają się te złe, nienawistne, pełne żalu i poczucia niesprawiedliwości. Mówisz sobie: „nigdy nie pozwolę, byś miał z moim dzieckiem jakąś więź„, „postaram się o to, by nasze dziecko poznało o tobie prawdę„, „jeśli z kimś się zwiążesz, zapomnij że weźmiesz dziecko do siebie – nie będzie miało trzeciego rodzica„. Jest kumulacja wszystkich niewypowiedzianych słów, całego bólu, który wiąże się nie tylko z tym, że nagle zostajesz samotnym rodzicem, ale również samotnym człowiekiem. Boisz się tego, jak będzie wyglądało Twoje życie, co ze sobą zrobisz, czy kogoś jeszcze spotkasz na swojej drodze. Z jednej strony snujesz marzenia: może czeka mnie coś wspaniałego, może wszystko ma jakiś sens? A z drugiej boisz się, jak Twoje Dziecko będzie żyło w rzeczywistości, w której Mama i Tata są osobno. Jak to wytłumaczysz? Czy pozostaniesz przy zwykłym: „tak czasem w życiu bywa„, czy może zabrniesz dalej w twierdzeniach: „tata przestał nas kochać, dlatego zniknął„.
Wiele razy zastanawiałam się jak wytłumaczę mojemu Dziecku rzeczywistość. Miałam ten komfort, że mogłam spokojnie przeczekać jeszcze kilka lat, zanim zacznie zadawać pytania. Z jednej strony nie wyobrażałam sobie, że w pojęciu mojego Dziecka tatuś będzie istotą wspaniałą i godną naśladowania, a z drugiej nie chciałam tworzyć dystansu i nienawiści, bo bardzo chciałabym, by moje Dziecko było od tego dalekie.

Kiedy długo nas nie odwiedzał, ogarniał mnie spokój. Czułam ulgę, że nie muszę mierzyć się z tym, że nagle zobaczę wyciągnięte ramiona w kierunku taty – bałam się, że będzie mnie to bolało. Przecież to ja odpychałam całe zło dnia codziennego. To ja byłam tą, która stała na straży każdego snu, żeby przez szczebelki łóżeczka nie wkradł się jakiś koszmar. To ja karmiłam, tuliłam, całowałam. Ja widziałam pierwszy krok, ja usłyszałam pierwsze słowo. Ja, ja, ja! Tylko ja mam prawdo do miłości mojego Dziecka, a nie ktoś, kto pojawia się raz na jakiś czas.
Kiedy jednak dochodziło do spotkań, brałam udział w spacerach i wspólnych zabawach. Chciałam mojemu Dziecku dać poczucie radości z rodziny. Chciałam, żeby wiedziało, że ma rodziców, na których zawsze może polegać, którzy kochają i zrobią wszystko co w ich mocy, by dać szczęście pisane przez wielkie S.

To i tak było kłamstwo. Oszukiwaliśmy. Oszukiwaliśmy raz na trzy miesiące, na kilka godzin. Oszukiwaliśmy, że jesteśmy rodziną. Nie byliśmy nią. Nie przypominaliśmy jej nawet w ułamku. Podczas tych spotkań ja wracałam do strzępków moich marzeń, a on wypełniał swój obowiązek. Nigdy jednak podczas tych spotkań nie doszło do kłótni, sporów, podniesionych tonów – byliśmy aktorami idealnymi.

Dzisiaj dziękuję za to sobie i jemu. Dzisiaj dziękuję sobie, że powstrzymałam w sobie tą chęć zbuntowania Najmłodszej. Dziękuję, że potrafiłam pohamować najgorsze komentarze, które pragnęłam wypowiedzieć na głos, przy Niej, celowo. Cieszę się, że nie wyszarpywaliśmy sobie Jej z rąk, że nie wylewaliśmy nad Jej głową swojej nienawiści do siebie. Cieszę się, że wszystkie przekleństwa i łzy zostały głęboko we mnie lub w poduszce – nigdy przy Niej.

To bardzo trudne mówić swojemu Dziecku o tym, jak wspaniały jest drugi Rodzic, choć z doświadczenia wiemy, ile krzywd doświadczyliśmy. To sztuka tworzyć z drugiej osoby autorytet, choć sami uważamy, że osiągnęła moralny dół.
Myślę, że to najlepsze, co mogą zrobić rodzice dla swoich dzieci, kiedy postanowili się rozstać. Szanować siebie nawzajem i wspólnie budować choć namiastkę domu dla Dziecka, które od nas uczy się, jak traktować drugiego człowieka. To dzięki nam będzie wiedziało, jak postępować w sytuacjach trudnych i bolesnych. Jeszcze przez wiele lat to właśnie w nas powinno widzieć oparcie – w Mamie i w Tacie, a nie w każdym z osobna, oddzielnie, będąc rozdarte w decyzji do kogo się zwrócić o pomoc. Walcząc z poczuciem winy, czy przypadkiem któremuś z rodziców nie okazuje większej miłości.

Dziecko nie zna naszej historii. Nie wie, co przeżyliśmy z tatą czy z mamą. I tak naprawdę nie powinno znać. Ono chce wiedzieć, że ma mamę i tatę. Chce być pewnym, że każdego może kochać taką samą miłością bezgraniczną, bez poczucia wstydu, bo przecież „mama mówiła, że tata jest zły i wyrządził nam krzywdę„. Dziecko nie chce słyszeć o tym, że któreś z rodziców jest gorsze czy lepsze. Przecież to jego ukochana mama i ukochany tata.
Można walczyć o miłość dziecka. Można zabiegać o nią kupując ją, buntując i gasić w dziecku uczucia do drugiego rodzica. Można opowiadać, jakie krzywdy zostały mu wyrządzone i zapewniać, że na szczęście choć jeden z rodziców jest wspaniały. Można utrudniać spotkania, szarpać się i walczyć w sądzie o każde święta i wakacje. Możemy przez wiele lat żyć w poczuciu, że wygraliśmy, bo w świecie małego dziecka jesteśmy najważniejsi – to nas rysuje w przedszkolu pod hasłem rodzina, to o nas mówi, że kocha najbardziej na świecie. Zapominamy tylko, że ten nasz mały skarb, którego sobie skrupulatnie uformowaliśmy, za parę lat stanie się dorosłym człowiekiem z własnymi wartościami. Będzie kształtował swoje postrzeganie świata, relacji międzyludzkich, obrazu rodziny. Nawet jeśli ukrywamy drugiego rodzica przez długi czas, w końcu nadejdzie dzień, kiedy usłyszymy: „chcę poznać mojego tatę”. I nagle okaże się, że wszystko, nad czym skrupulatnie pracowaliśmy – runie. Przegramy z kretesem. Takiej walki wygrać się nie da.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s