Zabiła swoje dziecko

Czy ty też odnosisz wrażenie, że gdy tylko włączasz telewizję, to od razu słyszysz o kolejnej śmierci, kolejnym morderstwie, kolejnym skatowanym dziecku? Czasem mam wrażenie, że świat popadł w paranoję, a ludzie dotarli do takich granic swojej psychiki, że są w stanie robić coraz gorsze rzeczy. Codziennie wiadomości mówią o skatowanych psach, dzieciach, dźgniętych nożem ciężarnych kobietach i zwłokach leżących między garażami. Z więzienia po osiemnastu latach wychodzi człowiek skazany za morderstwo, który nie zabił, a o mamie malutkiej, zamordowanej Madzi będą kręcić serial. Że się tak wyrażę: co tu się, kurwa, dzieje? Ilekroć nie burzyłabym się na głos, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „Małgośka, tak było zawsze, tylko telewizja nie trąbiła o tym na lewo i prawo”. No serio? Było. Wiem, że było. Ale psy łaziły całymi stadami po wsiach i nikt im łbów nie ukręcał, a w cywilizowanych czasach (czyli nie mówię o spartańskim wychowaniu), dzieci w swojej niepełnosprawności dożywały śmierci naturalnej, a dzieci zdrowe były błogosławieństwem, nie ciężarem.

Prawdą jest, że kiedy sam zostajesz rodzicem, wszystkie te tragiczne informacje z dziećmi w roli głównej trafiają do ciebie ze zdwojoną siłą. Zanim na świat przyszła moja córa, też mam wrażenie, że tych tragedii rejestrowałam mniej. Ale sprawa Magdy z Sosnowca utknęła mi wybitnie w pamięci, chociaż wtedy nie byłam jeszcze matką. Kiedy w mediach zaczęły się pojawiać informacje o środkach łagodzących wobec matki, ponieważ lekarze stwierdzili depresję poporodową, pomyślałam, że mogłaby w dupę sobie tę depresję wsadzić i sama zawiązać sobie pętlę. I w zasadzie każda sprawa, gdzie krzywdzone jest dziecko, tak na mnie wpływa. Wyzwalają się wręcz mordercze instynkty na myśl, że ktoś skatował kilkumiesięczne dziecko albo zakopał noworodka żywcem.

Ale. Ale, ale. Jakby przyjrzeć się tematowi bliżej, to prawdą jest, że od razu sprawczynię traktujemy jako wyrodną matkę i chodzącą bestię, która nie zasługiwała na dziecko. Tylko, że my tak naprawdę nie wiemy, z czym ona się zmagała. Chcę podkreślić tu i teraz: absolutnie nic nie usprawiedliwia czynów narażających drugiego człowieka na utratę zdrowia lub życia. Depresja poporodowa to jednak temat, w którym my, Polacy, jesteśmy w średniowieczu. Popatrzmy po kolei, jak to wygląda.

Jestem w ciąży i mam zagwarantowaną opiekę medyczną do końca trwania połogu, czyli 6. tygodni od urodzenia dziecka. Przysługuje mi trzykrotne badanie USG, badania krwi i moczu refundowane z NFZ oraz darmowy pobyt w szpitalu w razie choroby, powikłań okołoporodowych, jak i w trakcie samego porodu. Rodzę dziecko. Co dzieje się dalej? Opieka okołoporodowa w naszym wypadku to jest średniowiecze. Położne wywierają presję w kwestii karmienia piersią, ale nie kwapią się, by poświęcić czas i pokazać, jak podać dziecku pierś. Jeśli nie zrobi tego doradca laktacyjny, działający w szpitalu, radź sobie sama. Jak nie udaje ci się nakarmić dziecka i wyje ono ile sił w tych maleńkich płuckach, jest już położna ze strzykawką w ręku zawierającą mleko modyfikowane i: masz, dokarmiaj, bo nie będziesz przecież dziecka głodzić.

Wychodzisz ze szpitala i co dalej? I zostajesz sama na polu walki. W całkiem nowej roli, obolała, nieraz po traumatycznych przeżyciach porodowych. Wracasz do domu, do którego wnosisz małą istotę, z którą dopiero nawiązujesz więź. To nie jest tak, że miłość musi rozpierać cię od pierwszego wejrzenia. Ba, często tak nie jest. Oswajasz się ze swoim dzieckiem, z jego płaczem, ruchami, małym ciałkiem, zapachem. Przyjdzie do ciebie położna środowiskowa na wizytę patronażową, do domu. Zajrzy ci w krocze i wymaca ci piersi. Sprawdzi, czy należycie zajmujesz się dzieckiem. Tylko, że ona zaraz wyjdzie, a ty znów zostaniesz z dzieckiem sama. Partner, jeśli jesteś tą szczęściarą i go masz, wychodzi codziennie do pracy, do swojego znanego świata, a ty zostajesz w swoim, całkiem nowym wymiarze. Liczysz kupy, beknięcia, a w trakcie drzemek dziecka zastanawiasz się, czy spać, sprzątać, gotować, czy zapłakać nad wszystkim tym, co utraciłaś i co znałaś. Partner wraca do domu, przejmuje twoje obowiązki albo i nie. Rozmawiacie o jego pracy. O twoim dniu też. Ale po kilku tygodniach dochodzi do ciebie, że ile można mówić o pampersach, ulewaniu i bólu piersi. Z mózgu robi ci się gąbka. Zaczynasz mieć poczucie, że jedyne co cię teraz definiuje, to to, jaką jesteś mamą.

Wszystko fajnie, jeśli kończy się na tak zwanym baby blues, czyli smutku poporodowym. Dotyka 50-80% kobiet, ale na szczęście mija w około 10. dobie po porodzie i jest wywoływany wielkimi wahaniami hormonalnymi.

Depresja poporodowa ujawnia się w kilka, a nawet kilkanaście tygodni po porodzie i występuje nawet u 20% kobiet. Pojawiają się myśli, że matka nie jest w stanie opiekować się dzieckiem, jest przepełniona lękiem, czuje się osamotniona i opuszczona. Występuje wzmożona płaczliwość, bezsenność oraz myśli samobójcze.

Jeszcze gorszy stan, to psychoza poporodowa. Rozwija się gwałtownie, pojawia się brak odczuwania głodu, drażliwość oraz nawracające myśli o chęci wyrządzenia krzywdy dziecku. Matka ma ochotę wyrzucić je przez okno, udusić, uderzyć.

I nasuwa się pytanie: kto ma to dostrzec? Osoby cierpiące na depresję czy psychozę często nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji. Pozostaje w domu partner, który odgrywa wielką rolę w życiu kobiety, dając jej wsparcie i zrozumienie. Nie widzę niczego złego w mężczyznach, którzy za wszelką cenę dogadzają swoim kobietom, które są w ciąży lub właśnie stały się matkami. One tego POTRZEBUJĄ. To oni są pierwszymi obserwatorami kobiety, która przecież na co dzień opiekuje się ICH WSPÓLNYM dzieckiem. Są dziadkowie, przyjaciele, lekarze. Ale na próżno szukać tu winnych tego, że nie dostrzegli ostrzegających symptomów.

Zaburzenia psychiczne mogą pojawiać się również w okresie okołoporodowym. Kobieta odczuwa duże huśtawki nastrojów, będąc jeszcze w ciąży, jest płaczliwa i cierpi na bezsenność. Pojawia się niechęć do dziecka, które nosi pod sercem lub paniczny lęk i strach przed poradzeniem sobie w nowej roli. Ktoś ci powie, że ciąża to nie choroba i nie zasłaniaj się nią przy każdej kłótni, ale czy nie jest to też naprawę wyjątkowo emocjonalny stan dla kobiety? Czy nie jest łatwiej radzić sobie z tymi ciążącymi myślami, kiedy masz wsparcie właśnie w partnerze lub rodzinie? Kiedy wybuchasz po raz kolejny i zamiast ciągnącej się kłótni, jest miejsce na przytulenie i słowa: „rozumiem cię”, „nie muszę wychodzić, zostanę z tobą”, „wiele dla mnie znaczysz”.

Zastanawiam się… Może właśnie te kobiety, które zabiły swoje dzieci, miały w swoich głowach piekło z naszych najgorszych wyobrażeń? Może ich poczucie osamotnienia i odosobnienia oraz poczucie jakże małej wartości sprawiły, że muszą zmienić swoje życie w tej chwili, bez względu na środki, jakimi się posłużą? Może codziennie błagały swoich mężów o zrozumienie, pomoc i adorację, bo tak bardzo nie mogły odnaleźć się w nowej roli, a oni tylko zdawkowo rzucali: „nie histeryzuj”? Może tak właśnie było w tych wszystkich przypadkach?

Rodzicielstwo wyłazi z telewizji i internetu jako obraz pięknych chwil spędzonych wspólnie. Macierzyństwo to piękna kobieta, pomalowana i ubrana, zalotnie spoglądająca na swojego mężczyznę, który patrzy na nią z pożądaniem i uznaniem, a na dziecko z miłością. Tylko rzeczywistość bywa inna. Matka zamknięta w nowym świecie, ojciec na kolejnej delegacji, piwie z kolegami czy na siłowni. Nie mówię, że taka być musi. Ale bywa. To taka rzeczywistość, która sprawia, że kobieta ma chęć otworzyć okno i z niego skoczyć. Pytanie tylko, czy z dzieckiem na rękach, czy może jednak bez?

W Polsce planowany jest nowy zapis w standardach okołoporodowych, regulujący kontrolę stanu psychicznego kobiety w trakcie ciąży i połogu. Każda kobieta będzie poproszona o wypełnienie testu Becka. Zakłada on 21 pytań na temat tego, co czują i jakie towarzyszą im emocje. Pierwszy test kobieta będzie miała wypełnić w 12. tygodniu ciąży, drugi w okolicach 27. tygodnia, a ostatni po porodzie. Na świecie obowiązuje już Edynburska Skala Depresji Poporodowej składająca się z 10. pytań, w której również chodzi o poznanie stanu psychicznego kobiety po porodzie. Czytając zajawkę artykułu, że Ministerstwo Zdrowia ma zająć się sprawą na dniach, przeczytałam również komentarze:

„Teraz z każdej matki zrobią wariatkę, a prawdziwa patola chodzi wolno.”
„A jak wyjdzie depresja, to co? W kaftan i do psychiatryka?”
„Nikt nie powie prawdy w teście, bo będzie się bał, że wezmą cię za wariata.”

Jeśli zatem nasze społeczeństwo uważa, że depresję leczy się kaftanem i kratami, to jesteśmy naprawdę daleko, jeśli chodzi o świat. W mojej osobistej ocenie nie ma lepszego w tej chwili sposobu na to, by wykryć zaburzenia psychiczne związane z ciążą i porodem oraz tym, jak czuje się kobieta w nowej, ważnej roli. Jeśli nie miałaś problemu ze swoim stanem psychicznym w ciąży, jak i po, to doskonale wiesz, że w końcu przychodzi ta matczyna miłość, że zrobisz wszystko, by ochronić swoje dziecko i zapewnić mu to, co najlepsze. Jaki zatem rozgrywa się dramat w głowie kobiety, która rzuca swoim dzieckiem o podłogę albo dusi je poduszką? Dlaczego sąsiedzi mówią: „taka spokojna rodzina”, a policja odkrywa troje martwych dzieci w łóżkach i kobietę powieszoną na lampie w kuchni? Niezwykle łatwo jest ocenić: wyrodna matka. Trudniej się rozejrzeć i w porę zareagować.

Ja badaniom przesiewowym na depresję mówię: TAK. Może dzięki nim uratuje się choć jedno dziecko.

Dbajcie o siebie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s