Twoje najwspanialsze dziecko

Dokonałam drobnej zmiany środowiska moich obserwacji społecznych – przeniosłyśmy się z placu zabaw do szpitala. Dlaczego tu jesteśmy, co i kto nas tak załatwił, napiszę już niebawem i zachęcam do śledzenia bloga, bo post będzie wówczas BARDZO ważny.

Szpital to miejsce, w którym nie chce być żaden zdrowy psychicznie i prawidłowo funkcjonujący społecznie człowiek. Piszę zdrowy psychicznie, ponieważ poczucie samotności, utraty, odosobnienia, a także ciężkie stany fizyczne oraz podeszły wiek sprawiają, że znajduje się pewna ilość osób, które w szpitalu chcą być, lubią być, a czasem nawet i się go domagają.

Zatem jesteśmy w szpitalu niemalże tydzień. Pierwsza nasza taka przygoda i to z nie byle jakim okresem pobytu. Jesteśmy na dość specyficznym oddziale, gdzie nie ma dużego obłożenia zazwyczaj, a od kiedy jesteśmy my, zaliczając weekend, można powiedzieć, że dzieci nie ma w ogóle. Wczoraj sytuacja się zmieniła i przyjęto kilkoro dzieci na planowane zabiegi chirurgiczne. Skoro są dzieci, to są dorośli. Jak są dorośli, jest z kim pogadać na świetlicy, kiedy to nasze pociechy mogą zająć się zabawkami mocno wybrakowanymi i nie koniecznie schludnymi. Ja wiem, szpital to nie hotel. Chociaż chodząc tu czasem na boso, moje stopy są bardziej czyste, niż kiedy chodzę w domu. Nie dość dobrze myję podłogi – chyba powinnam wyciągnąć taki wniosek, ale póki co, olewam. Nie mam mocnego postanowienia poprawy po powrocie. Chrzanić podłogi, idźmy do meritum.

No więc są ci dorośli, aktualnie same matki (ale ojcowie też byli, zaznaczam, łącznie z naszym na jedną noc, kiedy mnie zmienił, bo mój wielki brzuch i obolały kręgosłup nie dawały już rady na łóżku szpitalnym). Siedzimy sobie na tej świetlicy. Nie podejmuję dyskusji – nie chcę, nie mam ochoty, nie potrzebuję, nie moje klimaty. Ale mój wielki brzuch intryguje, jednak.

„Kiedy termin?” – Jeszcze miesiąc.

„Oj, teraz pójdzie lepiej, drugi zawsze idzie lepiej”. Informuję zatem, że nie wiem, nie orientuje się – jestem po cięciu cesarskim i kolejna ciąża też się tak zakończy.

„Cięcie? Nie wiem co to znaczy, troje dzieci, każdy poród naturalny. Najlepsze, co mnie spotkało”.

No i ta chwila konsternacji. Czy ona mi właśnie powiedziała, jaka jestem do dupy, ponieważ będąc  pewnie zawszawioną księżniczką lękam się rozchylić kolana i wypchnąć swoje dziecko na świat? Czy chciała mi powiedzieć, że jestem gorsza, bo położę swoje wielkie cielsko na stole operacyjnym, dam się haratnąć w poprzek i wydobędą ze mnie dziecko? Tak. Tak to zabrzmiało. No i ta chwila konsternacji. Uświadamiać ją czy nie?

Kończę krótkim: „tak, nie polecam nikomu cięcia cesarskiego. Ból i czołganie przez dwa tygodnie w moim przypadku. Sama pani widzi zatem, drugi nie będzie łatwiejszy”. Mówię to z dramatyzmem w głosie i bólem w mimice twarzy. Naprawdę tak uważam. Idę do cięcia cesarskiego ze wskazań medycznych. Wielka szkoda, ale nie tłumaczę się jej.

Nie to jest ważne! Niech mi wmawia, że jest lepsza, bo nie wiem, co to poród, wody, które odchodzą, skurcze, parcie, rodzenie łożyska – nie wiem i się nie dowiem. Sorry.

[podczas pisania zauważyłam na naszym ulubionym fejsie, że właśnie koleżanka pochwaliła się urodzeniem dziecka. Zaznaczone jest, że syn przyszedł siłami naturami. Myślę, że dojdziemy do czasów, kiedy będzie to oceniane tuż obok punktów skali Apgar. Medycznie – rozumiem. Szkoda jednak, że ta walka mam rodzących siłami natury z tymi po cięciu, wciąż trwa]

Rozmowa schodzi na inne tory. Dzieci. Ulubiony temat mam. Wszystkich mam. Ja lubię rozmawiać o dzieciach. Nie jestem fanką rozmów o kupach, rzygowinkach, pękających sutkach, ale o rozwoju dziecka pogadam chętnie, a co!

„Ile pani córka ma lat? Bardzo ładnie mówi”. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że trzy i pół. Cisza. Zdziwienie. Młoda bawi się właśnie na świetlicy z prawie pięciolatkami. Mówi najładniej z nich, ale niczego to nie zmienia – bawią się tym samym, tak samo, z takim samym zaangażowaniem. No, jak dzieci. Dzieci w podobnym wieku. Każde wie, jak układa się puzzle, każde bawi się zwierzątkami na farmie i wie, jakie wydają odgłosy. Normalka.  Nic bardziej mylnego…

Ku mojemu zdziwieniu rozwija się dyskusja dotycząca tego, że „a moje dziecko to po prostu indywidualista, nie narzucam mu nauki ani obowiązków, nie wymuszam ładnego mówienia i liczenia”. Czuję, że to aluzja do mnie. Pewnie myśli, że moja Młoda w domu pod przymusem siedzi i studiuje mapę Polski i zna co najmniej trzy czasy w języku angielskim. Ale z drugiej strony myślę sobie: ciekawe, indywidualista. To znaczy, że jako dziecko nic nie musi, a wszystko mu wolno? No nic, czekam na rozwój dyskusji. Dyskusja się rozkręciła. Były wątki psychologa, złej pani przedszkolanki, źle dobranych w przedszkolu zabawek, źle organizowanego w przedszkolu czasu na naukę. Ogólnie wszystko jest złe dla dzieci, które są bohaterami tejże dyskusji. Wszystko je ogranicza i spowalnia.

Zastanawiam się chwilę nad tym. I stawiam sobie jedno ważne, ale to ekstra ważne pytanie: po co to robimy? Po co usprawiedliwiamy niedoskonałości naszych dzieci przed innymi? Dlaczego tak bardzo boimy się krytyki nas samych, jako rodziców, że szukamy winnych (chociaż winnych czego?) w otoczeniu? Dlatego dotarła do nas moda na perfekcyjność? Po co idealizujemy nasze dziecko?

Kocham moją Córkę. Uważam, że jest bystra, ma świetną pamięć, ładną dykcję i ma duży zasób słów. Jednocześnie widzę, że nie jest orłem jeśli chodzi o sprawność fizyczną, dlatego próbujemy oswoić ją ze sportem. Jeśli w końcu powie kategorycznie: NIE, to nie. Nie wmawiam jej jednak, że może zjechać na rurce na placu zabaw do góry nogami, bo wiem, że spadnie. Wiem, że nie umie. Nie potrafi. No i co z tego? Nie musi umieć wszystkiego, nie musi być świetna we wszystkim. Ja do dziś nie znam tabliczki mnożenia, wynik liczę na placach.

Nie myśl, że każdą niedoskonałość dziecka trzeba tłumaczyć przed innymi. Dzieci są różne, każde rozwija się we własnym tempie – ile razy to słyszałaś? To prawda! Nie porównuj dziecka do dziecka. Nie ma sensu. Przecież i tak ostatecznie stwierdzisz, że Twoje jest najmądrzejsze i najpiękniejsze.

I piona! Niech tak zostanie! 🙂

2 comments

  1. Często się zastanawiam dlaczego ludzie uwielbiają wtykać nosy w cudze sprawy i jeszcze przy tym oceniać? Cóż.. idźmy do przodu, a tym, którzy wyjątkowo zajdą nam za skórę możemy trochę utrzeć nosa! 🙂
    A zasłanianie niedoskonałości dzieci tylko robi im krzywdę. A porównywanie potrafi bardzo zranić.
    Pozdrawiam i życzę mnóstwo dobra! 🙂

    Polubienie

  2. No własnie. Zasłanianie niedoskonałości robi krzywdę, ponieważ dzieciom przyjdzie zmierzyć się z rzeczywistością. Nie będą we wszystkim najlepsze i pierwsze. Wiele dzieci miewa problem z pogodzeniem się, że nie zawsze są na pierwszym miejscu. Wielu dorosłych też ma z tym problem, niestety.
    I również – mnóstwo dobra! 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s