Dziecko ma głos

Kiedy urodziłam swoje dziecko, to był absolutny kosmos. Wszystko było dla mnie nowe, nieodkryte, trochę przerażało i ciekawiło równocześnie. Niesamowite dla mnie były pierwsze dni w domu, kiedy uczyłyśmy się siebie nawzajem, kiedy powoli zaczynałam rozumieć, dlaczego płacze i wiedziałam, jak oddycha. Pokazywała te swoje dziąsła w krzyku, rozpaczliwie szukając piersi, albo tylko cichutko postękiwała, kiedy chciała się ponosić i poprzytulać. Na samą myśl o tym, że już niebawem historia się powtórzy, czuję wielkie podekscytowanie.

Płacz i pojękiwanie z czasem zaczęły się uzupełniać o mimikę twarzy, gesty, sylaby aż w końcu pojedyncze słowa. Nie wiem nawet kiedy to się stało, ale dziś moja Córka komunikuje pełnymi zdaniami, a jej zasób słów czasem rozbraja. Dotarliśmy do etapu, kiedy wpada do salonu o północy i pouczającym tonem mówi: „jest noc, to nie pora na oglądanie telewizji tylko pora na spanie. Idziecie do łóżka?” Jak bum cyk cyk – po pierwszej takiej akcji nas zamurowało. No i co odpowiesz?  Będziesz się wykręcać? No nie będziesz, bo Młoda ma absolutną rację! Kolejny szok przeżyłam, kiedy będąc ze mną sam na sam, po mojej kłótni z Tatą, usłyszałam: „nie podoba mi się, że tak krzyczałaś na tatusia. Mogło mu się zrobić smutno”. Mogło. To prawda. Trzyletnie dziecko zna emocje, potrafi je nie tylko okazać, ale także potrafi je nazwać i powiązać z konkretną sytuacją. No i pstryk – dotarło do mnie, że pod jednym dachem mamy małego, rozumnego, myślącego i empatycznego człowieka. Nie jest już małym, słodkim bobasem absolutnie zależnym od naszych decyzji. Ma swoje zdanie, swoje potrzeby, swoje chęci i potrafi je świetnie wyartykułować. Im szybciej zrozumiemy, że nasze dziecko jest dojrzałe do „normalnych” rozmów z nami, tym lepiej. Od tego czasu warto traktować dziecko jak swojego kompana.

Znajdujemy się w szpitalu już ładnych parę dni. Niestety Młoda otrzymuje trzy wlewy dożylne dziennie, a co za tym idzie, ma zamontowanego motylka (potocznie zwany wenflonem, a fachowo kaniulą dożylną). Motylek funkcjonuje na potrzeby słownictwa pacjentów najmłodszych, a podanie dziecku kroplówki to nic innego, jak danie motylkowi pić. Banał. Wenflon to bardzo fajny wymysł, ułatwiający pracę personelu medycznego, choć zmora niejednego dużego i małego (niektórzy do dziś nie wiedzą, że w wenflonie NIE ZNAJDUJE się igła, zatem ręką można swobodnie ruszać). Wenflon jednak ma to do siebie, że lubi się zapychać, przesuwać, wysuwać, albo pod wpływem toczonych płynów – pęka żyła, w której się znajduje. Wówczas należy znaleźć dla motylka nowy domek. Czyli kłuć dziecko na nowo, co wywołuje falę krzyku i rozpaczy. Podczas naszego pobytu, Młoda doczekała się już trzeciego motylka (jeden pękł, drugi przestał być drożny). Osobiście nigdy nie dokonywałam kaniulacji żyły u pacjenta młodego, zawsze był to pacjent dorosły, który nawet jak się bał, to nie krzyczał. Z wielu przyczyn założenie takiej kaniuli jest trudniejsze, natomiast wiem, że nie z przypadku na oddziałach pediatrycznych znajdują się wykwalifikowane pielęgniarki. Albo przynajmniej powinny.

Nie bez powodu piszę o tym, że moje dziecko potrafi się w pełni komunikować, ponieważ jestem pełna zdziwienia i gniewu, że w środowisku tak trudnym dla dziecka, jakim jest szpital, można traktować te dzieci przedmiotowo. Moja Córka została mi wyciągnięta z rąk przez pielęgniarkę, a następnie siłą położona i przytrzymana na kozetce, celem znalezienia żyły, pobrania krwi i umiejscowieniem wenflonu. Nie, nie pozwoliłam oczywiście na rozwój wydarzeń w tym charakterze, ale nie o tym chcę napisać.

Z dzieckiem trzeba rozmawiać. Od kiedy tylko widzę, że rozumie wszystko, co się dzieje wokół niej, kiedy widzę, że jest bacznym obserwatorem i analitykiem – skończyło się koloryzowanie i przekłamywanie rzeczywistości. Czasem łapię się na tym, że zapodaję Jej rodzicielską ściemę, ale to szybko wychodzi na jaw. Kiedy idę z Młodą do lekarza, mówię Jej, po co tam idziemy i co lekarz będzie robił (językiem zrozumiałym dla trzyipółlatki oczywiście!). Jeśli wiem, że tego konkretnego dnia to ja odbiorę Ją z przedszkola, a Ona już od rana dopytuje, czy odbierze Ją Babcia, to nie ściemniam, że „może odbierze”, „jak będziesz grzeczna, to przyjdzie babcia”, „zadzwonię do babci i zapytam czy może”. Nie. Po prostu przyjdę ja i koniec kropka, chociaż spotyka się to z dezaprobatą. Nie ma sensu podkłamywać albo kręcić, bo matactwo zapadnie dziecku w pamięć, a w dalszej konsekwencji po prostu przestanie nam wierzyć czy ufać.

Kiedy szłyśmy zakładać ten pieprzony wenflon, w drodze do gabinetu zabiegowego powiedziałam, że pielęgniarka włoży motylka i zabierze trochę krwi z ręki. Że będzie bolało tylko trochę i na pewno da radę. Młoda była bardzo dzielna, radziła sobie z sytuacją świetnie. Świetnie, dopóki dorosłe ręce bez słowa wyjaśnień nie przytwierdziły Jej siłą  do kozetki, a drugie ręce lawirowały z igłą w okolicach Jej żył. Nikt nie pofatygował się, by powiedzieć małemu człowiekowi, co będzie z nim robił i dlaczego. W międzyczasie usłyszałam pytanie: „czy ja mam wszystko przedyskutować z dzieckiem zanim cokolwiek zrobię?”. Padło to z ust pielęgniarki – kobiety wykształconej, obcującej z dziećmi, pracującej na oddziale, gdzie są sami mali ludzie. Nie moim celem jest nagonka na pielęgniarki – byłabym równie oburzona przy każdym innym zawodzie, gdzie jest kontakt z dziećmi. Oburzona,  że dziecko traktuje się z góry. Zakłada się, że i tak nie ma nic do powiedzenia, ponieważ to dorośli rządzą światem i do nich należy ostatnie zdanie. Sytuacja stresująca urosła do rangi rozhisteryzowanego dziecka. A wszystko tylko dlatego, że ktoś uznał, że trzylatki nie warto zapytać: „wolisz siedzieć, czy się położysz?”

I tak. Ja staram się przedyskutować wszystko z Młodą. Oczywiście wszystko to, gdzie jej zdanie jest dla mnie ważne i wiem, że będę mogła je wziąć pod uwagę  (czyli nie pytam ją, jak w budżecie domowym rozplanować wydatki na lody i czekoladę – poszlibyśmy z torbami, wiadomo). Nie widzę natomiast powodu, dla którego Dziecko będące członkiem rodziny, nie mogło się wypowiedzieć w kwestii chociażby tego, jak spędzamy dzisiejsze popołudnie, albo czy jest coś konkretnego, co chce zjeść na śniadanie.

Czy będę za Nią decydować i wypowiadać się całe życie? Nie. Musi nauczyć się mieć własne zdanie i podejmować samodzielne kroki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s