Na zdrówko!

Do szpitala na izbę przyjęć przyjeżdża kobieta ze swoją czteroletnią córką. Kobieta podczas zbierania wywiadu medycznego podaje, że córka od południa ma wysoką gorączką (39 stopni), nie przyjmuje płynów i dwukrotnie traciła przytomność (określono jako: przelewa się przez ręce), matka nie mogła nawiązać z nią kontaktu, po czym stan samoistnie minął. Dziewczynka od kilku dni miała katar i kaszel, od urodzenia leczona w poradni alergologicznej, na nic więcej przewlekle nie choruje.

Podczas badania fizykalnego (takiego, kiedy lekarz ogląda, zagląda tu i owdzie i osłuchuje pacjenta) stwierdzono,że dziewczynka nie ma słyszalnych szmerów w drogach oddechowych, serce osłuchowo prawidłowe, wydzielina z nosa przezroczysta. Z uwagi na fakt, że mama podaje dwukrotną utratę przytomności – dziewczynkę bada neurolog. W badaniu neurologicznym nie stwierdzono żadnych odchyleń. Badania krwi i moczu wskazują prawidłowe wartości.

Jest coś jeszcze. Podczas zbierania wywiadu lekarskiego, mama została zapytana, czy córka przyjmuje jakieś leki. Kobieta stwierdziła, że tak i że ma je tutaj ze sobą, po czym… wyciągnęła reklamówkę z torebki, w której znajdowało się KILKANAŚCIE opakowań różnych specyfików. Kilka z nich było na alergię dziewczynki – tutaj wszystko pasowało. Zastanawiacie się, na co była reszta leków? Na wszystko. I absolutnie nie przesadzam. Dziewczynka przyjmowała wszystko, co można podać dzieciom – probiotyki, witaminy w żelkach, kompleks witamin i minerałów w drażetkach, tran, syrop na zwiększenie łaknienia, syrop na bazie owoców na odporność, magiczne flawonoidy zamknięte w słoiku.

Podczas wizyty w szpitalu dziewczynka zachowywała się normalnie – a nawet bardzo spokojnie jak na dziecko w tym wieku. Temperatura ciała otrzymywała się na niespełna 38 stopniach, ale dziecko nie wydawało się być osłabione. Od 3 tygodni nie była w przedszkolu, jak podaje jej mama, i jest pod opieką babci. Mama nie posyła córki do przedszkola, ponieważ rozpoczął się sezon infekcji i boi się, że zacznie jej chorować. Babcia dziewczynki nie wychodzi z nią na dwór z tych samym pobudek – strach przed zarażeniem od innych dzieci.

Pokuszę się o komentarz tej sytuacji, bez wchodzenia w tematy medyczne i rozpraw na temat układu immunologicznego (odpornościowego).

TAK BARDZO boimy się dzisiaj żywności i wątpimy w jej bogactwo witamin i minerałów, że TAK BARDZO faszerujemy dzieci tabletkami, w których te wszystkie „skarby” są zawarte?

TAK BARDZO ufamy w to, że jedna tabletka zrobi z nas nieśmiertelnych, a jedna marchewka zabije nas zawartością pestycydów?

TAK BARDZO przeraża nas myśl o chorym i marudnym dziecku, że zamykamy je na całą zimę w domu w obawie przed katarem?

Mam kompletną świadomość tego, jak trudno jest dzisiaj wyszukać jedzenie, które NA PEWNO jest bio, eko i super. Nawet, jeśli zaopatrujemy się w warzywa i owoce z etykietą ekologicznej żywności, to z tyłu głowy i tak rodzą się pytania: czy aby NA PEWNO to jest zdrowe? Wychodzimy w takim razie z założenia, że nie będziemy truć naszych dzieci i będziemy je suplementować, podając różne specyfiki z aptecznej półki. Ale skąd wiesz, czy aby NA PEWNO one pomogą, a nie zaszkodzą? Kobieta z historii wyżej nie konsultowała podawanych suplementów z lekarzem pediatrą, ponieważ, jak sama stwierdziła, są to produkty dostępne bez recepty i tylko na naturalnych składnikach. I chociaż wiemy, że podawała te wszystkie magiczne cuksy swojemu dziecko w dobrej intencji, to okazało się, że jej intencja była po prostu „łatwiejsza”. Przyznała lekarzowi, że córka mało je – frytki, parówki i pomidorówkę. W jej diecie nie ma obecnych warzyw i owoców, ponieważ „nie ma czasu nauczyć jej jeść zdrowych rzeczy”. Kobieta stwierdziła, że wierzy, że jej córka jak podrośnie to będzie jadła wszystko, ale teraz żeby uzupełnić jej dietę, podaje takie właśnie wspomagacze. Bo te je chętnie i jest łatwo je podać. Ta kobieta, mama, wierzyła, że robi dobrze, natomiast pierwszą decyzją lekarza było odstawienie suplementacji. Na pytanie, czemu nie udała się do lekarza pediatry odpowiedziała, że nie wie.m Wystraszyła się, że jej dziecko jest chore, a przecież nie powinno i od razu przyjechała do szpitala. 

Dzieci chorują. Po prostu. Od zawsze. Tą kobietę to zaskoczyło. Wierzyła, że po podaniu witamin jej córka nie zachoruje. Wydaje Ci się to śmieszne? To jest PRAWDZIWE. 

Nie jestem członkiem ruchu antyszczepionkowców. Nie umawiam moich dzieci na ospa party, żeby się „zdrowo zaraziły”. Nie kicham moim dzieciom prosto w twarz, żeby wzmocnić ich układ immunologiczny. Staram się jednak (z lepszym lub gorszym skutkiem), dbać o różnorodność diety, przekonywać do warzyw pod każdą postacią i wypuszczać na dwór w KAŻDĄ pogodę – deszcz, śnieg, mroź, wiatr – bez wyjątku. Moje dziecko chodzi do przedszkola, choruje jak każde inne ale wiem też, że układ odpornościowy w naszym organizmie został stworzony tak mądrze PO COŚ. Po to, żeby uczyć nasze ciało, jak radzić sobie z różnymi infekcjami i innymi dziadostwami, które czają się w każdym kącie, zwłaszcza podczas tak zdradzieckiej pogody, jak teraz. Nie zamykajmy dzieci pod kloszem, podając im cukierki na wszystko, bo nie wiemy jak ich organizmy poradzą sobie bez tych cukierków za kilkanaście lat. Inwestujmy w zdrowie dzieci, ale z głową. Pozwólmy ich układom odpornościowym się wykazać tak, jak nasze wykazywały się kiedyś – bez wspomagaczy i magicznych lizaków, a na soku z malin, czosnku i odpoczynku w okresie osłabienia.

____

Pamiętaj, że każde swoje wątpliwość, co do stanu zdrowia dziecka konsultować z lekarzem pediatrą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s